Polish English Persian Russian Spanish Turkish

Facebook - polub nas!

Znajdź skrytkę!

Polecamy

Filmy


Andrzej Stasiuk "Dukla"

ANDRZEJ STASIUK

"Dukla"



Wydawnictwo Czarne

Mróz

Wnocy temperatura spadła do minus trzydziestu. Okrągły księżyc wisiał pod granatowym sklepieniem i wszystko przypominało sen, w którym widać ledwo zarysy wiodących na pokuszenie zdarzeń. Wiemy, że to niebezpieczne, lecz nie chcemy się zbudzić.

Powietrze stało w miejscu napięte do ostateczności i nie mógł się w nim ukryć żaden dźwięk. To, co zwykle cichło po chwili, teraz trwało bez końca, bo taki mróz ścina nawet czas, stapia go w jedno ze światłem i powietrzem. Ta nowa materia miała dźwięczność metalu.

Szliśmy starą zrywkową drogą, wyjeżdżoną przez sanie z drewnem. Najdrobniejsze rzeczy rzucały cienie. Grudka lodu, ślad płozy, odcisk zimowej podkowy, złamana gałązka — to wszystko miało swojego czarnego sobowtóra. Kora buków świeciła szklanym blaskiem. Biel, srebro i czerń wchodziły ze sobą w wyrafinowane związki, które realność opatrywały znakiem zapytania. A jeśli nawet nie realność, to na pewno cel i sens percepcji. Tchnienie śmierci ciągnęło od tego pejzażu. Rzeki przecież zamarzły do dna, ptaki umierały w locie, a w lesie rozlegały się trzaski pękających drzew. Ten dźwięk był okrutny, bo cisza przedłużała go w nieskończoność. Martwe, twarde klaśnięcia trwały w przestrzeni jak w wieczności, trwały jak idealne modele beznadziejnego smutku.

Potem droga skończyła się i wyszliśmy ledwo przedeptanym śladem na nagą przełęcz.

W dole leżała ziemia. Odwrócona na wznak, rozciągnięta i oddana lodowatemu światłu. Niewidzialna nieruchomość sączyła się z niebios i wypełniała zakamarki, dziuple, jamy pod korzeniami, szczeliny w skalnych urwiskach nad Zawoją, wnętrza drzew, ciała zwierząt, ludzkie powłoki, porowatą strukturę kamieni, mury, domy, źdźbła suchych traw, chochoły, zapasy jedzenia, psie budy, kocie strychy, myśli, sny i strachy przed zaśnięciem, wszystko straciło swą płynną naturę, zmierzało ku niezmienności, ku spełnieniu marzeń, w stronę, gdzie alfa splata się z omegą, a esencja wślizguje się w egzystencję jak rozkoszne mrowienie w stopy i dłonie pijanego na mrozie.

Śnieg skrzył się lucyferycznie. Pokusa zawsze przybiera postać estetyki. Gwiazdy mżyły migotliwymi igiełkami. Rzeczy nieobjęte, obojętne i piękne przywołują nas na swój skraj i być może patrzą, jak chwiejemy się nad przepaścią, po równo tknięci pragnieniem i strachem. Rtęciowe światło księżyca stygło i drżało w dolinie u naszych stóp. Wyrazistość ciemnego krajobrazu przekraczała jego realność. Słyszeliśmy psy. Szczekanie dobiegało z południa, ale tam nie było żadnej wsi, więc ujadanie zapewne krążyło wśród zamarzniętych połaci powietrza jak dźwięczna fatamorgana. Niewykluczone, że stężała przestrzeń przechowała te odgłosy od zeszłej zimy i nasza wątła, półszeptem prowadzona rozmowa też miała być przechowana i usłyszą nas ludzie za rok albo stulecie. W końcu zmusiliśmy się siłą woli, by ruszyć dalej. Było coś tchórzliwego w tej naszej ruchliwości. Wymykaliśmy się kuchennymi drzwiami. Trochę jak jakieś ziemne, skrzętne stworzenia, zajęte przechowaniem okruchu ciepła w ciele, podczas gdy reszta świata po prostu trwała i wspaniałomyślnie się roztrwaniała.

 

Wasyl Padwa

 

Wasyl Padwa był biedny. Nigdy nie jadł nic ciepłego — tak mówili ci, co go pamiętali. W sklepie na ladzie stały jasnozłote wiaderka z marmoladą. Dwa razy w tygodniu przyjeżdżał chleb. Padwa jak palec nie miał nikogo i pasł pegeerowskie stado krów. O świcie latem łąki są ciężkie i lśniące jak rtęć. Słońce czuć jeszcze podziemnym chłodem. Gumowce Wasyla błyszczały jak oficerki, gdy szedł wśród bydląt i grzał się w obłoku rudego ciepła. Może właśnie na widok tego bezkresnego srebra owładnęła nim uporczywa myśl: Być bogatym, mieć więcej niż do tej pory miał.

Jadł coraz mniej. Cajgowe ubranie coraz bardziej na nim szarzało i wisiało tak, że pewnie weszłoby dwóch.

Garbata warszawa zajeżdżała raz w miesiącu przed sklep i tam, pod wiśniowym blaskiem słoików z dżemem, w zapachu boczku, na oczach człowieka w fezie z kawy Turek kasjer powoli ślinił palec i robił wypłatę. Sklepowa podobnym gestem przewracała kartki kajetu z borgiem i odbierała co państwowe i swoje. Wasyl Padwa stał zawsze ostatni, jakby bał się, że ktoś mu zerknie przez ramię, zaczaruje rosnący skarb albo zetrze spojrzeniem jedno z dwu zapisanych w jego rubryce zer.

Banknoty z rybakiem, z robotnikiem, z górnikiem przypominały mu pocztówki z dalekich krain. Morze, fabryka, kopalnia — te rzeczy znał tylko z opowieści. Ci, co tam wyruszali, nie wracali już nigdy. Przepadali jak śmiałkowie w drodze do Eldorado.

Brał swój cieniutki plik, składał na pół i chował na piersi do kieszeni zapinanej na guzik, a ludzie śmiali się, że do snu nie zdejmuje ubrania. Nie pił, nie palił, nie stawiał, o świcie wychodził z krowami i znikał w białej mgle.

Aż kiedyś w lipcu przyszła burza. Ci, co pracowali przy sianie, zbiegli w dół i każdy krył się, gdzie mógł. Wasyl został w górze, tam gdzie zaczynał się Słodki Las. Krowy stały w deszczu ze spuszczonymi łbami, a on przykucnął pod krzakiem leszczyny. Pioruny jak zwykle macały po szczytach raz tu, raz tam, w domach dzwoniły luźne szyby, a liliowe światło błyskawic sprawiało, że twarze dzieci wyglądały tak, jakby ktoś sfotografował strach.

Wtedy zapaliła się stara szopa ze słomianym dachem. Stała wysoko na łąkach pod samym lasem. Ludzie opowiadali, że Wasyl biegł tak szybko, jakby unosił go wiatr, biegł w tamtą stronę przez błyskawice i przez deszcz. Lecz z burzą jest zawsze tak, że więcej w niej ognia niż wody, i nim dobiegł, strzecha zmieniła się w czerwoną chorągiew, potem rozdarła się, pękła i opadła w dół. Razem z gniazdami jerzyków spłonął skarb Wasyla, upychany od lat pod strzechą. Setki o barwie ognia, pięćdziesiątki zielone jak woda i dwudziestki bure jak dym.

Ale to nie koniec opowieści, bo prawdziwej miłości nie dotknie nawet ogień. Wasyl Padwa zaczął wszystko od nowa. Teraz wszystkie banknoty zamieniał na monety. Na srebrne z rybakiem i te z Kościuszką i Kopernikiem w kolorze wypłowiałego brązu. Chodził, pobrzękiwał i co jakiś czas cichł, a wszyscy myśleli,, że gdzieś to bogactwo zakopuje. Lecz on miał prostą i jasną naturę i skoro ucierpiał od ognia, postanowił zaufać wodzie. Pod Bannem strumień wije się jak wąż i spływa jak zielony dywanik po wyszczerbionych schodach. Pełno w nim ciemnych i głębokich miejsc. Wkładał dziesiątki i piątki do słoików po wiśniowym dżemie i delikatnie opuszczał w toń. Metalowe krążki przypominały mu ordery z dawnych wojen. Sklepowa czasem przepędzała go od lady, wtedy szedł pięć kilometrów do innego sklepu i tam wymieniał papierowe fantomy na niezniszczalny kruszec.

Aż kiedyś latem spadł deszcz tak wielki, że na trzy kroki nie było widać świata. Wasyl owy strumień, który można było pokonać jednym skokiem, niósł drzewa, toczył kamienie, a woda zgęstniała od burego błota. Wasyl Padwa noc i dzień czekał na brzegu aż powróci w swoje łożysko i odzyska przejrzystość. Ale prócz mułu nic nie znalazł. Do jesieni chodził wzdłuż brzegu i szukał swojego bogactwa. Kamienie miały spłowiałą barwę Koperników, a małe pstrągi lśniły w słońcu jak srebrne piątki. Aż do jesieni wędrował w górę i dół brzegu, a stado krów, którego przecież nie mógł zostawić, zmieniło w tym miejscu łąkę w gołą ziemię.

Za trzecim razem Wasyl Padwa powierzył swój skarb ziemi. Wybrał kryjówkę gdzieś w Słodkim Lesie. O tej historii wiadomo najmniej. Dokładne miejsce znał tylko on i ten ktoś, kto po roku odkrył i okradł schowek. Ludzie śmiali się jak zwykle, a Padwa, w końcu zmęczony żywiołami, stał się taki jak wszyscy.